Typograf po filologii

Leave a comment
indyjskie / życie
Grzbiety trzech książek (od góry): Typografia książki. Podręcznik projektanta, Designing Type, A Sanskrit-English Dictionary

Pytana o wykształcenie w kontekście zawodowym mówię zwykle o edytorstwie, czasem wspomnę też AKT. Jest jednak jeszcze jeden element tej układanki, który zwykle pomijam, bo na pierwszy rzut oka wydaje się bez znaczenia.

W 2012 roku zaczęłam pisać pracę magisterską o wpływach filozofii języka Bhartrihariego na pewne fragmenty traktatu o poetyce Króla Bhodży. Nigdy nie słyszeliście o tych ludziach? Prawdopodobnie dlatego, że żyli tysiąc lat temu albo i więcej na terenie dzisiejszych Indii, a swoje teksty pisali w sanskrycie.

Pracy magisterskiej nigdy nie skończyłam, w zapomnienie poszła też większość wiedzy zdobytej w ciągu niemal pięciu lat studiów indianistycznych. Zostało mi jednak wspomnienie nauki języków posługujących się pismami bardzo odmiennymi od alfabetu łacińskiego, które rozwijały się i ewoluowały w zupełnie innych warunkach.

Alfabet łaciński towarzyszył większości z nas od dziecka. Widzieliśmy litery zanim nauczyliśmy się rozumieć, jakie dźwięki oznaczają i jakie kryją się za nimi słowa. Kiedy już zaczęliśmy poznawać pismo, wokół było mnóstwo wzorców – elementarz, pani w szkole, rodzice, książki, reklamy, a nawet telewizja. Cały proces trwał bardzo długo. Pamiętam, że dopiero w trzeciej klasie porzuciliśmy zeszyty w cienkie linie na rzecz tych z liniami grubymi.

Studenci germanistyki albo filologii angielskiej mają łatwo – zaczynając studia, znają już język. Filologie orientalne to jazda bez trzymanki.

W przypadku studiowania tak obcego języka wszystko przebiega znacznie szybciej. Po kilku-kilkunastu tygodniach porzucamy łacińską transkrypcję i posługujemy się wyłącznie stosownym alfabetem (któremu w przypadku dewanagari czy pisma tamilskiego bliżej do sylabariusza z całym zestawem ligatur). Do tego jest znacznie mniej wzorców – podręcznik (lub kserówki) i pismo nauczyciela. To powoduje ciekawe problemy.

Człowiek zapatrzony w jeden wzorzec pisma przestaje odróżniać cechy istotowe znaków od ich przygodnych właściwości. O co chodzi? Dla uproszczenia wyjaśnię na przykładzie z alfabetu łacińskiego.

Kiedy byłam jeszcze w wieku przedszkolnym, chciałam nauczyć się pisać. Poprosiłam mamę, aby na kartce pięknie zapisała moje imię i nazwisko, które następnie pracowicie kopiowałam. Najbardziej lubiłam literę K, bo miała w środku kółeczko.

orównanie K napisanego przez moją mamę i przeze mnie (w wieku liku lat).

Zabawne? Element wynikający z gestu, prowadzenia narzędzia i własnego stylu piszącej wzięłam za konieczny. Oczywiście później w szkole poznałam inny wzorzec, a potem zobaczyłam jeszcze wiele innych wersji tej litery. Teraz, kiedy ktoś dziwnie napisze K w polskim słowie, może zatrzymam się na chwilę, ale nie utrudni mi to znacząco czytania – widziałam już wiele wariantów, a do tego kontekst jest zrozumiały.

Natomiast jeśli całe życie widziałaś tylko jedno tha, a w danym wyrazie, którego zresztą nie znasz, jest jakieś inne, to szanse rozpoznania dramatycznie spadają. Nasza lektorka hindi wzbudziła kiedyś panikę, przynosząc czytankę wydrukowaną innym fontem niż zwykle. Przez chwilę wszyscy zwątpiliśmy, czy jesteśmy to w stanie przeczytać. Szybko się przyzwyczailiśmy, ale i tak szło nam ze dwa razy wolniej niż zwykle. Idźcie poczytać tekst staropolski drukowany szwabachą, żeby lepiej zrozumieć, co mam na myśli.

Nauka języków indyjskich przypomniała mi, jak to jest uczyć się pisma zupełnie od zera. Jako dziecko przyswajałam sobie tę wiedzę bezrefleksyjnie. Jako osoba dorosła mogłam przyglądać się na bieżąco zachodzącym procesom. W szerszym kontekście był to dla mnie impuls do zastanowienia się nad tym, co sprawia, że dana litera jest rozpoznawalna i co to w ogóle znaczy, że litera jest dobrze czy ładnie napisana lub narysowana. I tu zaczyna się kolejny rozdział mojej edukacji – kaligrafia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *