Rozmowa z Przemkiem Zańką o czytaniu dla przyjemności

comment 1
rozmowy
Przemek Zańko siedzi obok ustawionych w stos książek Jacka Dukaja

Mam szczęście być otoczona mnóstwem ciekawych ludzi, w życiu których – podobnie jak w moim – dużą rolę odegrały książki. Od dłuższego czasu chciałam spisać nasze rozmowy o literaturze, pracy wydawniczej, projektowaniu i życiu. Rok temu usiadłam z Przemysławem Zańką, żeby porozmawiać o tym, dlaczego przestajemy czytać dla przyjemności i co to w ogóle znaczy: czytać dla przyjemności. Najwyższy czas wrócić do tego nagrania.

Kiedy się umawialiśmy na tę rozmowę, to powiedziałeś, że nie wiesz, czy jesteś właściwą osobą, bo właściwie przestałeś czytać – w domyśle – dla przyjemności. Kiedy to się stało?

Trudno powiedzieć. Na swój sposób to się zaczęło już na studiach, bo polonistyka robi takie rzeczy z człowiekiem, że nagle nie ma czasu na czytanie dla przyjemności, bo jest dużo innych rzeczy, które trzeba przeczytać. Ale wtedy jeszcze udawało się to połączyć. Zwłaszcza kiedy przestałem być tak szalony, jak na pierwszym roku, kiedy czytałem wszystko w wyznaczonym terminie, i zacząłem zostawiać to obowiązkowe czytanie na sesję.

Tak właściwie przestałem czytać, czy prawie przestałem czytać dla przyjemności, kiedy pracowałem jeszcze w korporacji, ale oprócz tego robiłem korektę na zlecenie. W drodze do i z pracy czytałem rzeczy do korekty i na więcej nie miałem już siły. W którymś momencie zorientowałem się, że na czytniku oprócz rzeczy zawodowych mam dwie książki, które leżą tam od więcej niż pół roku, tylko napoczęte. Fakt, że przez pół roku nie byłem w stanie skończyć choćby jednej, nie tak znowu grubej, pozycji wydał mi się znaczący.

Czyli to ewidentnie jest brak czasu, a nie zmęczenie materiału albo takie skrzywienie zawodowe, że jak czytasz, to w myślach robisz korektę, przez co nie jesteś w stanie cieszyć się lekturą.

Ha, no nie, zauważam błędy, ale nie przeszkadza mi to. To jest brak czasu, ale też zmęczenie jednostajną czynnością. Niby mógłbym poczytać, jeśli miałem w miarę leniwy dzień, pracowałem tylko przez cztery godziny, jak dzisiaj…

Jest sobota.

No tak, ale dla freelancera nie ma takiego rozróżnienia. Więc nawet jeśli mam czas i energię, to nie mam ochoty czytać, chcę robić coś innego. Cokolwiek, co nie wymaga ode mnie czytania. Zobacz, że w moim życiu jest dużo czynności, które tak czy inaczej wymagają jakiegoś zajmowania się tekstem. Jeśli nie jest to praca, to pisanie. Jak piszę, to też gapię się w litery, zajmuję się słowem, odczytuję czasem kilkanaście razy to samo zdanie. Jak robię przy pisaniu research, to też bardzo dużo czytam. Głównie na Wikipedii, bo Wikipedia mnie inspiruje. [śmiech] Między tym wszystkim przeglądam jeszcze facebooka, tumblra – to też jest czytanie. Potem jest takie odczucie zmęczenia.

Dużo czynności wiąże się w życiu z czytaniem, nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Tak, czytam SMS-a, czytam mejla, cały dzień czytam. No to potem słucham audiobooka. [śmiech]

przemek_dukaj_maszyna

Wokół mnie wiele osób przeszło taką ścieżkę: od mola książkowego, przez studia filologiczne, po pracę z tekstem – jako redaktorzy, copywriterzy, pracownicy naukowi. I zastanawiam się, czy nie dzieje się tak, że te osoby, które kiedyś były zapalonymi czytelnikami, w końcu przestają czytać dla przyjemności niemal zupełnie.

Może tak być. Problem z czytaniem dla przyjemności polega na tym, że zależnie od tego, jaką literaturę lubisz, to może ci zabraknąć nie tyle czasu czy energii, co mocy przerobowych. Lubię science-fiction. Właśnie jedną z tych książek, których nie mogłem przez pół roku skończyć, był Peter Watts, bo ta książka wymaga dużego zaangażowania intelektualnego, to nie jest kryminał do czytania jednym okiem w pociągu. Być może gdybym wolał powieści przygodowe, to czytałbym je dziesiątkami, bo byłyby lekkie i nieangażujące. No ale nie czytam zazwyczaj takich książek. Chyba że w pracy, jako korektor.

Przy okazji – to jest coś, co dała mi ta ścieżka od zaczytanego dzieciaka do polonisty. Nauczyłem się, jaką literaturę naprawdę lubię.

Kiedyś czytałem wszystko. Najpierw wszystko, co było w domu, potem w bibliotece, potem wszystko, co wpadło mi w ręce. Prawie zupełnie bez selekcji. A na polonistyce trzeba było przeczytać tyle bezużytecznych z mojego punktu widzenia książek, że w pewnym momencie coś w moim mózgu zaskoczyło: „Nie, od dzisiaj przestaję czytać książki, które nie są fajne. Czytam tylko te fajne”. I teraz już sięgam po bardzo konkretne tytuły.

przemek_fiat

Wszystko sprowadza się do tego, że musimy sobie uświadomić, co to znaczy „czytać dla przyjemności”. Czyli – nie wtedy, kiedy jesteśmy do tego zmuszeni przez takie okoliczności jak studia czy praca. Ale też nie zawsze to, co czytamy po godzinach, przynosi nam przyjemność w tym sensie, że śmiejemy się i jesteśmy w dobrym nastroju.

Czasem wręcz przeciwnie. Kiedy pracowałem w korporacji i akurat miałem chwilę, to sięgałem po książkę Gödel, Escher, Bach, która jest grubą cegłą na temat matematyki, umysłów i tego typu rzeczy. W dodatku miałem ją po angielsku, więc wymagała ode mnie ogromnego skupienia. Każdy akapit czytałem po kilkanaście razy, żeby go dobrze zrozumieć, bo to były dla mnie trudne treści. Więc wyobraźmy sobie tę scenę: jest przerwa obiadowa w korporacji, a tu zapracowany człowiek w koszuli wyciąga taką cegłę, która ewidentnie nie jest lekką lekturą.

Dla mnie czytanie dla przyjemności nie jest czytaniem dla rozluźnienia.

Żeby się pośmiać, oglądam zabawne filmiki w internecie albo seriale. Czytanie dla przyjemności rozumiem jako czytanie dla własnego rozwoju – w tym sensie, że chcę się dowiedzieć czegoś nowego albo poznać nowy gatunek. Szukam rzeczy, które pokazują mi jakiś nowy aspekt świata, na którym się nie znam. Na przykład Wattsa czytałem dlatego, że to sci-fi napisane przez biologa, a większość rzeczy w tym gatunku wychodzi spod piór fizyków czy matematyków. A tu jest zupełnie inny sposób opisywania świata. I to jest dla mnie nowe, chcę to poznać.

To dosyć oryginalne podejście. Obecnie książki przestały chyba być podstawowym sposobem na zdobywanie informacji.

Masz rację, ale ja mówię o informacjach w innym sensie. Nie chodzi mi o to, jaka jest populacja jaskółek w Mozambiku, tylko sposób widzenia świata. Jak fantastykę naukową widzi biolog. Jak matematyk, który naczytał się Lewisa Carolla i naoglądał dzieł Eschera spróbuje wytłumaczyć działanie umysłów. Unikalna ludzka perspektywa. To nie jest podręcznik, taka wiedza jest bardziej przyswajalna. Łatwiej jest mi zapamiętywać treści, jeśli są one podane w formie opowieści, czyjejś relacji. Nawet czytając artykuł na Wikipedii wychwytuję takie momenty, w których ujawnia się autor i jego unikalna perspektywa. To zawsze jest człowiek, który nie tylko podaje suche fakty, ale ma jakieś swoje zainteresowania i to wpływa na dobór treści i sformułowania. To najlepiej widać na niezaakceptowanych jeszcze artykułach – często są mało encyklopedyczne, ale widać, że pisał je ktoś z pasją. I to można poczytać z przyjemnością.

Na zdjęciach

Przemek jeszcze w swoim starym, krakowskim mieszkaniu z kolekcją książek – głównie powieściami Jacka Dukaja. Sam Przemek mówi, że wychował się na „Nienackim, Szklarskim, Rowling, Lemie i Dukaju”.

Maszyna do pisania to element zastany, pozostawiony przez właścicielkę mieszkania, a nie atrybut pisarski.

Śmierć nadjechała fiatem to bardzo zła powieść kryminalna z okresu PRL, w której pojawiają się dokładnie dwa wątki intertekstualne, oba oznaczone przypisami. Dlaczego Przemek ma aż trzy egzemplarze? To długa historia. Ale jeden z nich przyniósł kiedyś na mój salon literacki.

Przemysław Zańko. Z pochodzenia chłop z Mazur, z wykształcenia polonista z Krakowa, z zawodu redaktor i korektor w Warszawie. Pisze od wczesnej podstawówki, kiedyś głównie o dinozaurach oraz magach, dziś coraz chętniej o ludziach. Jego tekst, Pajęczarka, w plebiscycie „Nowej Fantastyki” został wybrany najlepszym opowiadaniem polskim roku 2015, a następnie nominowany do Nagrody Fandomu Polskiego im. Janusza A. Zajdla.