O rysowaniu, konstruowaniu i pisaniu liter, czyli o liternictwie

Leave a comment
kaligrafia / liternictwo

Byłam w weekend na warsztatach z Martiną Flor (ekscytacja! entuzjastyczne okrzyki!). Przygotowałam już obszerną relację, ale zanim się nią podzielę chciałam zrobić krótki wstęp – o co w ogóle chodzi w tym całym rysowaniu liter.

Kiedy widzimy charakterystyczne logo, ciekawy nagłówek albo ilustrację z wykorzystaniem typografii, możemy próbować się domyślać, jak praca została wykonana. Mamy z grubsza trzy możliwości: font, specjalnie zaprojektowany napis albo kaligrafia.

Wykorzystanie fontu

Ten pierwszy przypadek dość łatwo rozpoznać – litery pochodzą z garnituru znaków istniejącego fontu. Jeśli to Gotham, Helvetica czy inny Trade Gothic, wielu projektantów rozpozna je już na pierwszy rzut oka. Stworzone w ten sposób napisy poddawane bywają różnym modyfikacjom na potrzeby logotypów i konkretnych kompozycji typograficznych. Czasem to zmiana pojedynczego znaku, np. wydłużenie nogi od R, czasem usunięcie lub dodanie szeryfów albo stworzenie nowych ligatur. Nie zmienia to faktu, że w takim przypadku cały czas bazujemy na foncie, a więc wybieramy pojedyncze znaki z zestawu, który obejmuje cały alfabet i który zaprojektowano tak, by wszystkie litery wyglądały dobrze obok siebie.

Pisanie liter

Z kaligrafią mamy do czynienia, gdy cały tekst został napisany ręcznie przy użyciu określonego narzędzia (lub jego komputerowej symulacji). Najczęściej będzie to stalówka ostro zakończona (pomyślcie o eleganckich zawijasach na zaproszeniach ślubnych) lub stalówka ścięta (przypomnijcie sobie np. pisma gotyckie). Jednak liczba narzędzi jest praktycznie nieskończona: pióra ptasie, pędzle i pisaki pędzelkowe, ścięty patyk. Ba, pisać można nawet szczoteczką do zębów albo warzywem. Istotne jest to, że kształt narzędzia określa nam formę znaków. Nie da się uzyskać uncjały Gillotem do Spenceriana.

Warto pamiętać, że pisać można nie tylko klasycznymi stylami jak copperplate czy italika. Każde świadome i staranne pisanie może być kaligrafią. Dlatego sama lubię mówić raczej o „pisaniu liter” w odróżnieniu od „rysowania liter”.

Przykład ćwiczeń stalówką ostro zakończoną, copperplate

Rysowanie liter

Fraza „rysowanie liter” to dosyć obrazowy sposób przedstawienia sprawy. Choć przygotowane w ten sposób prace bazują często na kształtach uzyskiwanych przy pomocy konkretnych narzędzi kaligraficznych, to nie są ich więźniami. Możliwe stają się szeryfy, których nie oferuje żadna stalówka czy kontrasty, których nie dałoby nam żadne narzędzie. Zamiast polegać na narzędziu, to my wymyślamy kształt, który następnie szkicujemy.

O ile w przypadku kaligrafii będziemy wielokrotnie pisali to samo słowo, by uzyskać jak najlepszy efekt (np. jako bazę do logotypu), o tyle w przypadku rysowania liter będziemy udoskonalali ten sam rysunek (np. na kolejnych warstwach kalki kreślarskiej lub po partyzancku przez gumowanie i rysowanie nieudanych elementów na nowo).

Nie musimy się też martwić o wygląd wszystkich potencjalnych znaków alfabetu. Jeśli na ilustracji pojawia się tylko wyraz „czerwiec”, nie ma potrzeby rozważać, jakie g albo M będzie pasowało do tych liter. Po prostu projektujemy nasz wyraz jako zamkniętą całość. To zupełnie inne podejście niż przy tworzeniu fontu z pełnym zestawem znaków.

Przykład liternictwa na kalkach kreślarskich

Jak to się wszystko łączy

Niezależnie od tego, po jaki sposób pracy sięgniemy, będziemy musieli przestrzegać pewnych zasad konstrukcji liter, które są niezależne od wybranej techniki. Dlatego znajomość jednej dziedziny pomaga w pozostałych. Dla projektanta fontów czy liter niezbędna jest znajomość podstaw kaligrafii (choćby teoretyczna). Stosowane przez autorów fontów sposoby wyginania krzywych bardzo ułatwiają digitalizację prac rysowanych czy kaligrafowanych. Zaś rysowany logotyp może stać się podstawą całego kroju pisma projektowanego specjalnie dla danej marki.

Chaos terminologiczny

Lubię określenia „rysowanie liter” i „pisanie liter”, bo dosyć trafnie oddają proces powstawania danego napisu czy kompozycji. Mamy jeszcze angielski termin lettering, który po polsku tłumaczymy jako liternictwo. I tu powstaje wiele nieporozumień. Liternictwo obejmuje bowiem zarówno litery pisane, jak i konstruowane, a przynajmniej tak twierdzą bardzo modne dziś, choć raczej w ten nostalgiczny sposób, podręczniki: Technika liternictwa Wojeńskiego i Liternictwo Bernacińskiego. Natomiast słowa lettering coraz częściej używa się w odniesieniu do liter rysowanych, prawdopodobnie właśnie po to, by odróżnić ten sposób pracy od kaligrafii. Do tego dochodzi zupełnie naganna praktyka określania mianem kaligrafii liter rysowanych o charakterze pisanki.

Ja chętnie używam słowa liternictwo (i jego angielskiego odpowiednika) właśnie w tym szerszym sensie jako „pisania, konstruowania i rysowania liter, a następnie optycznego grupowania ich w wyrazy, wiersze oraz całe kolumny” – tak jak definiuje je Bernaciński. Rozumiane w ten sposób pozwala zwrócić uwagę na wzajemne przenikanie się wszystkich dostępnych sposobów pracy z literą i doskonale nadaje się do opisu przypadków, w których granica pomiędzy rysowaniem a pisaniem staje się płynna.

Czytaj dalej:
Lettering vs Calligraphy – czyli rysunek kontra kaligrafia. Jeden brief, dwie różne interpretacje.

Wywiady z dwiema kobietami, które podziwiam. Jedna kaligrafuje, druga rysuje litery.

Patrzeć ponad horyzont

comment 1
życie

Projektowanie to przede wszystkim patrzenie. Z czasem projektujemy lepiej nie dlatego, że znamy więcej tricków w Photoshopie (choć i to pomaga), ale dlatego, że coraz lepiej widzimy (nawet jeśli wzrok nam się pogarsza).

Na studiach wpatrywałam się w odległości między AV, próbując zrozumieć, dlaczego trzeba te litery zsunąć. Albo mrużyłam oczy, żeby dostrzec w tekście korytarze. Dziś takie rzeczy przychodzą mi z większą łatwością. Lubię myśleć, że kiedyś staną się naturalne.

Jessica Hische powiedziała kiedyś o rysowaniu liter coś, co zapadło mi w pamięć. Radziła, by wszystko robić na 98%. Bo szlifowanie ostatnich dwóch procent na potrzeby jednego konkretnego projektu zajmie nam tyle czasu, co cała wcześniejsza praca. Nie jest to jednak zachęta do odstawiania fuszerki.

Na każdym etapie rozwoju jesteśmy w stanie dostrzec tylko pewien odcinek drogi, która jest przed nami. Tyle, co do horyzontu, nie dalej.

Jednak im bliżej punktu, który wydawał się końcem, tym szerszy horyzont się przed nami rozpościera, tym dalej widzimy. Co to znaczy? Litera, którą dziś zrobię na 100%, za kilka miesięcy lub lat nie wyda mi się już tak doskonała. Proporcja grubości będzie nieodpowiednia, a szeryf zbyt wymyślny. Po prostu będę w stanie zobaczyć więcej. Moje dzisiejsze maksimum prędzej czy później zmieni się w 98%.

Trzeba jednak pamiętać, że mamy solidnie wyrobić naszą normę. Powtarzam: 98%, a nie 89 czy 54. Najlepiej jak umiemy, ale ze świadomością, że pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć. I tak pracując na miarę swoich możliwości, ale ze wzrokiem ciągle utkwionym ponad horyzont, patrząc na rzeczy lepsze i piękniejsze, w pewnym momencie zorientujemy się, że to, co kiedyś wydawało się nieosiągalną setką, stało się naszą rutyną, naszym standardem, poniżej którego nigdy nie schodzimy. A przed nami wyrosną nowe cele.

Niech to dunder świśnie

Leave a comment
redakcja / życie
Rysunek na wzór „Stworzenia Adama” Michała Anioła z dużym napisem „NIECH”

Nie lubię poprawek i nie znam chyba nikogo, kto by je lubił. Jednak przyjmowanie uwag i ciągłe zmiany to codzienność w pracy projektowej, więc w końcu człowiek się przyzwyczaja i tylko wyjątkowe sytuacje są w stanie wyprowadzić go z równowagi.

Można by dyskutować, na ile klient, współpracownik czy w ogóle ktokolwiek ma prawo lub istotny powód, by ingerować w projekt graficzny, ale tak naprawdę każdy przypadek jest inny. Dostałam w moim krótkim życiu zawodowym uwagi, które naprawdę pozwalały mi coś ulepszyć, ale trafiały się też takie, które wprowadzałam, zgrzytając zębami.

Jest jednak bez znaczenia, jaką wartość merytoryczną mają poprawki, jeśli zaczynają się od „niech”.

Ten krótki wyraz działa na mnie jak płachta na byka. Kojarzycie tę scenę z filmu Pora umierać, w której niesympatyczna lekarka mówi do pacjentki „Niech się rozbierze i położy!”, na co ta odpowiada „Niech się pocałuje w dupę!”? Zawsze mam ochotę tak odpisać. Ale skąd we mnie tyle goryczy?

Trafiłam ostatnio na wypowiedź profesora Jerzego Bralczyka, która wszystko mi wyjaśniła:

[S]łowo „niech” jest u nas często interpretowane jako optatywne – „niech się stanie”, „niech się dzieje wola twoja” – albo jako rozkaźnikowo-narzucająco-dominacyjne: „niech on to zrobi”.

I coś w tym jest. „Niech grafik powiększy logo” bardzo mocno ustawia hierarchię. Z kolei „Niech logo będzie większe” ma niemal boską moc. Wystarczy dmuchnąć w monitor i samo się stanie. Bez komentarza pozostawię już „Niech grafik się tym jeszcze trochę pobawi”.

Widać w tym brak kultury języka czy znajomości norm grzecznościowych (pięknie nazwanych przez Jerzego Sosnowskiego miękkim podbrzuszem językoznawstwa). Ale widać też stosunek zleceniodawcy do zleceniobiorcy. Można przecież zwyczajnie napisać „proszę”. Niech mi się zatem nigdy nie przydarzy sytuacja, w której będę musiała użyć partykuły „niech”!

Mądre i dowcipne słowa Jerzego Bralczyka i Jerzego Sosnowskigo pochodzą z książki Wszystko zależy od przyimka, którą gorąco polecam. Można się z niej dowiedzieć, któremu klubowi piłkarskiemu kibicuje profesor Miodek, oraz jak podpaść esperantystom.

Projektowanie wbrew trendom, czyli cudze porady

Leave a comment
wystawy i warsztaty / życie
5 białych, równo ustawionych ołówków zwróconych w lewo i jeden różowy zwrócony w prawo

Pamiętacie, jak kilka lat temu popularny był font Museo? Użyłam go wtedy na okładce książki. I na plakacie. I w logotypie. I już więcej tak nie zrobię.

Nauczyłam się wtedy dwóch rzeczy. Po pierwsze, zbyt charakterystyczne liternictwo nie zawsze jest optymalnym rozwiązaniem. Po drugie, przelotne, ale wszechogarniające mody w projektowaniu są najgorsze. Zaś najlepszy zestaw porad dotyczących tego, jak uniknąć wpadania w koleiny wyżłobione przez projektowe trendy, usłyszałam we wtorek od Przemka Dębowskiego na spotkaniu w Księgarni pod Globusem. Poniżej notuję, co z tego wszystkiego zapamiętałam.

Przyszpilić trend i go odwrócić

Dzięki takim narzędziom jak trendlist.org łatwo zidentyfikować nasilające się zjawiska i wpływy. Możemy więc sprawdzić, czy tylko my lubimy stosować ramki, czy też mimowolnie podlegamy tej samej modzie, co tysiące innych osób. Potem wystarczy świadomie projektować w sposób przeciwny do zauważonego trendu.

Wrócić do korzeni

W przypadku projektowania książki takim źródłem, do którego zawsze można sięgnąć, jest klasyczna renesansowa typografia. Trzymanie się jej reguł gwarantuje, że wszystko będzie zrobione porządnie, a jednocześnie stworzenie czegoś nowego w tym obszarze stanowi niezłe wyzwanie.

Mieć swojego bzika

Pomocne jest odwoływanie się do takiego stylu czy okresu w projektowaniu, który niezmiennie nas fascynuje (Przemek Dębowski podał amerykańskie projektowanie lat 90. jako własny przykład). Taka określona stylistyka czy sposób opowiadania, który jest w pewien sposób zamknięty i skończony, ale też zgodny z naszym gustem, stanowi kotwicę, do której możemy wracać, by podpatrywać rozwiązania.

***

Pisząc bardziej ogólnie o różnych zjawiskach w projektowaniu, powinnam też przytoczyć (znów z pamięci, więc niedokładnie) słowa Marka Pawłowskiego, który na tym samym spotkaniu radził, by za każdym razem, gdy coś nam się podoba, zatrzymać się i zastanowić, dlaczego tak jest. W ten sposób unikamy ślepego naśladownictwa i lepiej rozumiemy działanie poszczególnych elementów języka graficznego. Kolejny dowód na to, że uczeniu się poprzez patrzenie nie ma końca.