Wszędzie widzę to drzewo, czyli o okładkach i nature writing

komentarze 4
czytelnictwo / książki

Pamiętam z dzieciństwa książkę, która opowiadała o roku z życia myszy badylarki. Pamiętam też, że mama (autorka tekstów i materiałów edukacyjnych dla dzieci) zawsze chętnie pisała o roślinach czy zwierzętach. Kiedy kilka lat temu zaczęłam uprawiać ogród, moje zainteresowanie książkami o naturze wróciło.

Zaczęłam czytać starocie, które zalegały w domu rodzinnym. W serii Zwierzyniec trafiłam na słowo szparko (w sensie „żwawo, prędko”). Nie pamiętam, kiedy jeszcze ostatnio je widziałam. Natomiast współczesne publikacje łatwo znalazłam w literaturze brytyjskiej. Co ciekawe, łatwo było je namierzyć również w brytyjskich księgarniach. Wystarczyło szukać kąta z książkami w jasnych miękkich oprawach, często niepowlekanych, z ilustracją nawiązującą do tradycyjnych technik.

Zaskoczyło mnie, że gatunek nazywany po angielsku nature writing jest na tyle silny, że zdołał wyrobić sobie własną stylistykę okładki. Zupełnie jak kryminał czy romans.

I wtedy pojawiło się drzewo. Było na każdym pięknie wystylizowanym zdjęciu na Instagramie, na każdym słupie ogłoszeniowym, śledziło mnie na banerach internetowych. Książka Wohllebena była wszędzie. Za Sekretnym życiem drzew z ilustracjami Elizy Luty poszły kolejne tytuły autora wydane w podobnej szacie graficznej.

Oczywiście to nie była pierwsza ani jedyna seria o takiej tematyce. Czarne wydaje Menażerię, a Marginesy EKO. Nie jest niczym dziwnym, że dane wydawnictwo stosuje wewnętrznie spójną szatę graficzną. Ciekawe jest natomiast, że różne nowsze publikacje zaczynają wyglądać podobnie jak książki Wohllebena. Chociażby Rzecz o ptakach czy biografia Alexandra von Humboldta mają zbliżony format, twardą oprawę oraz stawiają na ilustrację.


Takie upodabnianie do siebie tytułów z tej samej dziedziny nie jest niczym nowym. Nieobeznany w danym gatunku czytelnik łatwiej znajdzie książkę podobną do tej, którą czytał i która mu się podobała, jeśli damy mu wizualne wskazówki.

Ciekawe jest natomiast, że nature writing staje się w Polsce coraz popularniejsze i możemy obserwować, jak kształtuje się kod wizualny takich książek. W końcu wspomniany wyżej trend jest tylko jednym z wielu. Jak to się potoczy dalej? Czy wygrają okładki zachodnich oryginałów? Czy może jakiś nowy bestseller doprowadzi do rewolucji? Będę śledzić, bo i treść, i forma żywo mnie w tym przypadku interesują.

Zainteresowanych brytyjskim nature writing polecam stronę nagrody Wainwrighta. Można też przy okazji zobaczyć, jak wiele okładek (choć nie wszystkie!) pasuje do mojego opisu. Dobrą listę lektur oferuje też SONWA.

O naturze jako trendzie na jesień pisała autorka Wielkiego buka.

4 Comments

  1. tulik says

    Młodym dziewczęciem będąc, usłyszałam w radiu piosenkę „Szparka sekretarka” (Maryli Rodowicz chyba?), a towarzyszyły jej śmiechy-chichy redaktora o wiadomym zabarwieniu. Nie dawało mi to spokoju, więc przemogłam nastoletni wstyd i wyguglałam. Do czasu twojej notki był to ostatni raz, kiedy się ze słowem „szparki” spotkałam.

    Muszę się też przyznać, że jestem rozczarowana, iż „Sekretne życie pszczół” nie należy do nature writing. Cóż.

    • Karina Graj says

      Och, ten język polski taki figlarny!

      Rozczarowanie „ Sekretnym życiem pszczół” może trochę ukoić inna książka – „Bee Journal” Seana Borodale. To poetycki dziennik pszczelarza.

  2. Nie wiem, czy to zboczenie filologiczne, czy też może jakaś inna mara, ale zdecydowanie bardziej podobają mi się ten okładki „angielskie”. Delikatniejsze są.

    • Karina Graj says

      Mnie też! W ogóle w brytyjskich wydaniach bardzo lubię połączenie formy, która jest tania i poręczna (paperback) ze stosunkowo wysoką jakością (dobry papier w środku, solidne rzemiosło w składzie i projekcie). W tym przypadku rolę odgrywa jeszcze moja sympatia do tradycyjnych technik, jak drzeworyt czy linoryt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *