No ja nie mogę! Trzy rzeczy, które mnie drażnią w książkach

komentarze 2
czytelnictwo / książki
Kot siedzi na książce o kocie

Mam kilka nawyków związanych z sięganiem po książki. Sprawdzanie stopki redakcyjnej i przeglądanie materiałów pomocniczych to tylko początek.

Zdarza się jednak już podczas wstępnych oględzin trafiam na jedną z tych rzeczy, które wzbudzają we mnie (czasem być może nieuzasadnioną) irytację. Poniżej dzielę się swoimi pet peeves.

Smutna żywa pagina

W pracach naukowych, zbiorach opowiadań czy esejów oraz innych książkach, które składają się z wielu mniejszych całości, żywa pagina jest nie do przecenienia. Dzięki niej łatwo znaleźć właściwy fragment książki – wystarczy jedno spojrzenie na górną część strony i już wiemy, gdzie jesteśmy. Znieść natomiast nie mogę, kiedy żywa pagina pojawia się np. w powieści i w całej książce jest dokładnie taka sama. Jeśli na okładce napisano Wojna i pokój, to potem i Lew Tołstoj, i Wojna i pokój pojawiają się na każdej rozkładówce. Jakby na wszelki wypadek, gdybym zapomniała, co czytam (to długa powieść przecież). Często natykam się na to w angielskich książkach – nie rozumiem, skąd u Brytyjczyków to zamiłowanie do powtarzania informacji.

No ja nie mogę! Żywa pagina

Bardzo lubię dolną żywą paginę. Tu piękny i funkcjonalny przykład z Ciemnych typków (o tej książce chciałabym jeszcze kiedyś napisać więcej!).

Pasiasty spis treści

Uwielbiam materiały wprowadzające i pomocnicze. Istnieje prawdopodobnie nieskończona liczba sposobów na zaprojektowanie spisu treści. Dawno temu podobało mi się, kiedy od tytułu rozdziału do numeru strony wiodły kropki, ale już mi przeszło. Teraz właściwie trudno mi zrozumieć, dlaczego wszystkie numery stron muszą stać rzędem po prawej stronie. Preferuję bardziej dynamiczne układy, w których numer następuje prawie bezpośrednio przed lub po tytule rozdziału, oddzielony tylko większą pauzą, kropką środkową lub pionową kreską. Dziwi mnie więc, że mimo tylu wspaniałych alternatyw, niektórzy decydują się na użycie ciągłej kreski, która prowadzi od końca nazwy rozdziału do numeru strony po prawej stronie. Cała kolumna zaczyna wyglądać wówczas jak liniuszek, którego używałam w podstawówce.

No ja nie mogę! Spis treści

Dlaczego robić brzydki spis treści, skoro możesz mieć coś takiego? Przykład z Tirukkuralu w projekcie Leona Urbańskiego.

Kiepska końcówka

Świętym obowiązkiem projektanta jest tak wszystko policzyć, żeby wychodziło w sam raz i żeby na końcu nie zostawały puste kartki. Zawsze można skonsultować się z drukarnią, zrobić pół składki lub znaleźć jakieś inne wyjście (np. umieścić zajawkę innej książki wydawnictwa). Kiedy widzę, że kilka ostatnich stron publikacji przeznaczono na notatki (czasem pojawia się nawet zabawny nagłówek „Strony na notatki”) zaczynam podejrzewać, że ktoś po prostu kiepsko wyliczył kolumnę.

No ja nie mogę! Strona na notatki

Jedyny przypadek, kiedy jestem w stanie zaakceptować strony na notatki, to książki użytkowe – jak w tym rowerowym przewodniku po Londynie.

 

Czy Was też irytują takie niedociągnięcia? A może zwracanie uwagę na inne rzeczy – źle dobrany papier wyklejki, tytuł na grzbiecie ułożony w odwrotną stronę albo przeładowane informacjami strony redakcyjne? Ponarzekajmy razem!

2 Comments

  1. Mógłbym pisać godzinami, co mnie irytuje w książkach, ale chyba najbardziej irytują mnie dwie rzeczy:

    (1) Nadużywanie justowania tekstu do prawej. To teraz takie proste, naciskamy ctr/cmd-shift-r i mamy tekst po prawej stronie łamu. Nic w tym dziwnego, o ile jest to tylko kilka wyrazów w jednym wierszu. Kilka takich wersów tworzy chaos, rozprasza, utrudnia czytanie. A już takie justowanie w dziennikach, listach itp. to jest po prostu tragedia.

    W końcu czytamy od lewej do prawej, więc nic nie stoi na przeszkodzie aby ten tekst ustawić po prawej stronie łamu ale wyjustować do lewej krawędzi. Prosto, jasno, konsekwentnie i zgodnie z logiką.

    (2) Wstawianie odstępów jednowierszowych wszędzie. To bardzo proste, nacisnąć enter/return i mamy odstęp, wszytko siedzi na registrze, jesteśmy z siebie zadowoleni. Ale weźmy choćby taką stronę redakcyjną. Te króciutkie teksty nie wymagają takiego gigantycznego światła. Wystarczy pół wiersza.

    Naukę typografii należy zacząć od nauki patrzenia. Umiejętność patrzenia to swego rodzaju dar, ale i nabyta umiejętność. Nie każdy go ma od razu, ale można się tego nauczyć, ćwicząc oko długo i cierpliwie. Praktycznie uczymy się patrzeć całe nasze życie, a i tak nie będziemy w stanie dostrzec wszystkiego. Jeśli ktoś nam czasem pomoże otworzyć oczy, możemy zyskać nawet kilka lat nauki.

    • Jeśli chodzi o naukę patrzenia, to w pełni się zgadzam! Pamiętam jedne z AKT-owych zajęć, na których Łukasz Dziedzic pokazywał nam dwie wersje Lata – jedną starszą i drugą, nowszą, z poprawionym kerningiem. Pytał, czy widzimy różnicę. Na pierwszy rzut oka to było dokładnie to samo, ale wystarczyło się skupić, żeby zobaczyć, że nowsza wersja ma więcej światła, jest luźniejsza.

      Zrozumiałam wtedy, że nauka patrzenia nie ma właściwie końca. Dla mnie pierwsza wersja była zupełnie w porządku, ale ktoś, kto z lepiej wyćwiczonym okiem był w stanie zobaczyć, że są jeszcze rzeczy, które można poprawić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *